6 lat na parkiecie - jak na to patrzę

07 grudnia



Prawdopodobieństwo spotkania nieprzeciętnie wysokiej osoby, która trenowała koszykówkę lub siatkówkę jest bardzo duże. Osoby, które mają wzrost, są często popychane w kierunku sportu. Tak na przykład Otylia Jędrzejczak zaczęła przygodę z pływaniem, a Marcin Gortat z koszykówką, której i ja oddałam sześć lat swojego życia, o których teraz Wam opowiem.

Zawsze byłam bardzo szczupła. Do czasu. Kiedy niedługo po rozpoczęciu gimnazjum, wujek popchnął mnie w kierunku koszykówki moja sylwetka znacznie się zmieniła. Chociaż nie za bardzo wiedziałam na co się piszę, miałam świadomość tego, że w przyszłości mogłabym żałować, że mając odpowiednie warunki fizyczne (nieprzeciętny wzrost) nie zdecydowałam się na trenowanie siatkówki, czy koszykówki, w których każdy jeden centymetr jest na wagę złota. Warto też wspomnieć, że siatkówki (siatkarzy też, ale to inny temat) od zawsze nie lubiłam, a przebicie piłki przez siatkę udawało mi się raptem raz na dziesięć. Dość nietypowe statystyki jak na osobę, która do dzisiejszego dnia określa się mianem sportowca, prawda? 

Wróćmy jednak do głównego wątku. Za namową wujka znalazłam trenera dziewczyn w gimnazjum, do którego uczęszczałam i rozpoczęłam treningi. Dziewczyny do czynienia z koszykówką miały kilka lat przede mną, więc początkowo ciężko mi się było odnaleźć na boisku. Możecie sobie wyobrazić jak się czułam nie posiadając mięśni, wydolności, masy i koordynacji. Na szczęście na tamtym etapie treningi nie były jeszcze na zbyt wysokim poziomie.

Treningi właściwie zawsze odbywały się pięć razy w tygodniu. W gimnazjum dwa razy w tygodniu trening rozpoczynał się o godzinie 7:00 i trzy razy późnym popołudniem. Ja jako jedna z nielicznych nie miałam do szkoły zbyt blisko i jako jedyna miałam bardzo trudny dojazd do szkoły, jednak to nie zwalniało mnie z konieczności bycia na treningu i punktualności. Bo treningów się nie opuszczało. Nieważne jak bardzo zimno na dworze, czy ma się gorączkę, czy jakichś dawno niewidzianych gości. Trening to trening, a na treningu być trzeba.

Co jest oczywiste, wraz z dodaniem do trybu życia zwiększonej aktywności fizycznej wzrósł mi apetyt. Pochłaniałam olbrzymie ilości jedzenia: trzy śniadania (łącznie 3/4 bochenka chleba), trzy obiady, w tym jeden szkolny składający się z dwóch dań i niemała kolacja. Niewykluczone, że gdzieś pomiędzy przeplatały się jakieś batony, albo zapiekanki ze szkolnego sklepiku. Do napojów gazowanych na szczęście nigdy nie miałam słabości. Sposób odżywiania przełożył się oczywiście na mój wygląd. Z miesiąca na miesiąc mięśni było coraz więcej. Wzrósł też poziom tkanki tłuszczowej w moim organizmie, jednak zawsze moje BMI było w normie. 

Po trzech latach trenowania w gimnazjum, rozpoczął się okres bardziej zaawansowanych treningów z większym naciskiem na siłownię. Całość wyglądała następująco: trzy intensywne dwugodzinne treningi, dwa treningi lekkoatletyczne i dwa razy w tygodniu solidna siłownia przed szkołą. Efekt? Wyglądałam i czułam się jak maszyna. Dosłownie. I tak przez dwa lata kiedy to zdecydowałam się przeprowadzić do innego miasta, gdzie rozpoczęłam trenowanie w innym klubie. Tutaj niestety podejście do treningów było znacznie luźniejsze niż to do którego byłam przyzwyczajona, w związku z czym i mobilizacja była mniejsza. Nie było treningów siłowych, a i same treningi nie grzeszyły intensywnością, więc nie udało mi się utrzymać formy na wysokim poziomie.


Atmosfera w drużynie


Już w gimnazjum widać było znaczną różnicę między dziewczynami ze sportowej klasy, do której uczęszczałam, a resztą dziewczyn. Przede wszystkim my bardzo dobrze się znałyśmy, co wpływało pozytywnie na komunikację, chociaż i bez konfliktów też się nie obeszło. Nie widziałyśmy jednak większego sensu w trwaniu we wrogich relacjach i chcąc nie chcąc musiałyśmy znaleźć konsensus, bo przecież spędzałyśmy ze sobą sporo czasu. Oczywiście nie było też tak, że wszystkie się kochałyśmy. Jedne osoby lubiło się bardziej, inne mniej. Co ciekawe; nierzadko te osoby, które były dobre na boisku, cieszyły się większą sympatią niż te, którym na boisku szło nieco gorzej. 




Doświadczenia - co mi to trenowanie dało

Bardzo miło wspominam wszystkie wyjazdy. Atmosfera panująca w busie, czy autokarze podczas podróży na mecz jest nie do opisania. To jest chyba coś za czym tęsknię najbardziej. Brakuje mi też tej adrenaliny i podniecenia przed ważnym meczem. 

Dzięki koszykówce wzrosła moja pewność siebie, zyskałam świadomość swojego ciała, koordynację ruchową, świadomość, że pracą i zaangażowaniem można osiągnąć wszystko czego się pragnie. Koszykówce też zawdzięczam charakter ze stali. Większych kontuzji na szczęście udało mi się uniknąć, więc na pogorszenie stanu zdrowia nie mam co narzekać. 

Uprawianie sportu wpłynęło jeszcze na umiejętność utrzymywania odpowiedniej postawy ciała, nauczyłam się poprawnie wykonywać ćwiczenia i wyrobiłam sobie dobre nawyki, takie jak na przykład podnoszenie i odkładanie ciężarów pilnując tego, żeby plecy były proste.

Moje doświadczenia pokazały mi, że trening jest dobry niemal na wszystko. Naprawdę. Jedyne na co nie pomagał trening, to gorączka i ból kręgosłupa. Cała reszta: bóle głowy, tak zwane zakwasy, bóle brzucha, zły nastrój i co tam jeszcze, przechodziły już podczas rozgrzewki. Nawet jak się podkręconą kostkę rozruszało, to ból był mniejszy, chociaż to akurat zalecane chyba nie jest. 


Wyrzeczenia

Mam wrażenie, że byłyśmy bardziej dojrzałe od rówieśniczek. Nie wiem co dokładnie miało na to wpływ. Nie mogę napisać, że w przeciwieństwie do reszty stroniłyśmy od alkoholu i papierosów w gimnazjum, bo tak nie było. Nie wiem jednak czy któreś z moich koleżanek ze środowiska koszykarskiego teraz palą. Jestem niemal pewna, że te, które wciąż trenują, a warto wspomnieć, że to bardzo niewielki procent, nie uległy temu nałogowi. 

Wiadomo, że w okresie gimnazjalnym i ponadgimnazjalnym chętnie uczęszcza się na imprezy i spędza czas ze znajomymi. U nas to wyglądało inaczej. W piątki o godzinie 20:30, kiedy znaczna część rówieśników wybierała się do klubów, my kończyłyśmy trening i z lekko przepoconymi włosami i w dresie jechałyśmy odpocząć do domu. Jeśli ktoś bardzo chciał, to oczywiście mógł wyskoczyć na jakąś imprezę, jednak mnie i pewnie większości moich koleżanek nieszczególnie na tym zależało. 

Napiszę może też tutaj, że to nieprawda, że sportowcy nie mają czasu na naukę. Przecież oczywistym jest, że osoby, które nie uprawiają sportu nie siedzą całymi popołudniami nad książkami. Ruch pozytywnie wpływa na zdolność nauki, więc niewykluczone, że potrzebowałyśmy mniej czasu na przyswojenie wiedzy niż osoby, które spędzały czas grając w gry komputerowe, albo przesiadując gdzieś ze znajomymi. Poza tym turnieje i wyjazdy sprzyjały wspólnej nauce. Chętnie sobie pomagałyśmy. Jeśli ktoś miał z czymś problem, mógł poprosić o pomoc kogoś, kto lepiej sobie radził z danym materiałem i tę pomoc uzyskiwał. 


Czy odnalazłam się w koszykówce

Jestem osobą ambitną. Jeśli mam nad sobą kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, to daję z siebie więcej niż wszystko. Starałam się. Priorytetem dla mnie nie była szybkość, ale dokładność wykonywanych ćwiczeń. Co jednak z tego, jeśli cały czas były takie osoby, którym po prostu wszystko wychodziło lepiej? I nie chodzi mi o to, że czułam się gorsza, bo tak nie było. W zespole jedyną rywalizacją jest zdrowa rywalizacja. Jedna osoba będzie dobra w jednym, druga w drugim, a dobre wyniki uzyskiwane przez jednostkę podnoszą średnią umiejętności zespołu, więc w efekcie wszyscy są zadowoleni. Były momenty, kiedy wydawało mi się, że naprawdę żyję koszykówką, kiedy mimo tego, że trening był cholernie ciężki i wykańczający, ubolewałam, że pora iść do szatni, albo kiedy weekend dłużył się niemiłosiernie i nie mogłam wytrzymać do poniedziałkowego popołudnia, żeby znów móc dać z siebie wszystko. Ale to nie było uzależnienie od koszykówki. To było uzależnienie od wysiłku fizycznego. Takiego mordującego. 

Prawdą jest fakt, że ja nigdy tak do końca w tym sporcie nie potrafiłam się odnaleźć. Owszem, miałam satysfakcję z tego, że coś mi się udaje, ale zawsze brakowało we mnie tego nieokreślonego pierwiastka. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że mimo zaangażowania, dyscypliny, regularności, dokładności, zawsze coś nie zgrywało? Sport uzależnia. I myślę, że potwierdzić to może każdy, komu zdarzało się kilka razy w tygodniu nie mieć sił na wstanie z parkietu, czy maty, każdy kto regularnie pokonywał swoje bariery. Do czego zmierzam uprawianie jakiegokolwiek innej dyscypliny na wysokim poziomie obudziłoby miłość do tej dziedziny. I w sumie to nie tyczy się samego sportu. Dla przykładu, gra na jakimś instrumencie, balet, czy śpiew też mogą przerodzić się w uzależnienie. Osoba, która się czymś zajmuje i robi to na wysokim poziomie, zawsze będzie chciała dążyć do doskonałości i to ją będzie napędzać. 

Ja tylko kilka razy potrafiłam powiedzieć, że kocham koszykówkę, ale ja tak naprawdę nigdy w niej zakochana nie byłam. To nie była moja pasja, to była chęć doskonalenia się. Ja w przeciwieństwie do koleżanek nie ustawiałam na tapecie telefonu zdjęć znanego koszykarza, albo piłki do koszykówki. Mentalnie nie czułam się częścią tego koszykarskiego świata, JA PO PROSTU UWIELBIAŁAM DOSTAĆ WYCISK. 


Stosunek innych do sportowców 

Zauważyłam też, że często na ludziach robi wrażenie to, że trenowałam koszykówkę. Ale! Nie o koszykówkę samą w sobie chodzi. Gdybym powiedziała, że trenowałam żeglarstwo, pływanie, albo karate, to ich reakcja byłaby taka sama. Sportowiec to osoba, która wie, że do osiągnięcia celu potrzebna jest dyscyplina, zaangażowanie, konsekwencja, regularność, wytrwałość i nierzadko kiedy przezwyciężanie bólu. Uprawianie sportu hartuje ducha i ciało i jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, potrafi docenić trud jaki dana osoba musiała włożyć w to, żeby zdobyć takie czy inne umiejętności.

Ja zawsze się czułam i będę się czuła sportowcem. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie kiedy na pierwszych zajęciach w-fu na uczelni, po sprawdzeniu obecności dziewczyny pochowały się po kątach sali, żeby móc poplotkować, a faceci mimo tego, że zabrali się za ćwiczenia, robili to z niewielkim obciążeniem. Przez chwilę stałam na środku sali totalnie zdezorientowana, po czym ze świadomością, że zwrócę na siebie uwagę wszystkich tam obecnych, podeszłam do stojaka z hantlami i wzięłam cięższe niż te, z których korzystali faceci. Bo tak byłam przygotowana, bo innej możliwości nie widzę. I uwierzcie, nie czułam się najlepiej ze świadomością, że najpewniej jestem kobietą silniejszą od każdego z obecnych na sali studentów.  

Jedno za co jestem naprawdę wdzięczna koszykówce to możliwość uświadomienia sobie na czym polega współpraca. Nabrałam umiejętności pracy w zespole i potrafię docenić jej efekty. Bo działając wspólnie i współpracując ze sobą można zrobić coś znacznie szybciej i nierzadko lepiej niż pracując w pojedynkę. Nie mam pojęcia jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie inicjatywa mojego wujka. Naprawdę nie wiem. Tak samo jak nie wiem czy gdybym cofnęła czas, poszłabym tą samą drogą, ale jedno jest pewne - jestem dumna z tego, że mimo wszystko mogę nazwać siebie sportowcem.

Źródło zdjęcia: www.flickr.com

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarzy