WYZWANIE Z INSANITY - CZĘŚĆ II + KALENDARZ INSANITY

15 grudnia

Przyszła pora na podzielenie się z Wami kolejną częścią moich zmagań z Insanity. Dwadzieścia cztery treningi mam za sobą. Jeśli chcecie zobaczyć jaka była różnica w sprawności między dniem pierwszym, a czternastym, zajrzyjcie tutaj. Tymczasem przedstawiam Wam opis moich zmagań. Na koniec będzie kilka ciekawostek i małe porównanie. 


Tydzień III

Poniedziałek (FIT TEST)
Chciałam dać z siebie jak najwięcej i mimo zmęczenia udało mi się uzyskać rewelacyjne wyniki.

Wtorek (Obwód Kardio-plyometryczny)
Dzisiejszy trening sprawił mi ogromną trudność. Z racji tego, że spałam znacznie krócej niż powinnam, było mi bardzo ciężko wytrwać do końca. Nie nadążałam za grupą, a kilka minut za połową treningu byłam bardzo bliska zrezygnowania.

Środa (Czyste Kardio + Kardio ABS)
Tym razem się wyspałam i byłam w stanie dać z siebie wszystko. Coraz częściej jestem usatysfakcjonowana poziomem ćwiczeń i zadowolona z siebie.

Czwartek (Kardio Regeneracja)
Nie mam pojęcia jak to jest, ale z tygodnia na tydzień ten trening jest coraz trudniejszy. Kardio regeneracja nie doprowadza do palpitacji serca, ale za to doprowadza do palących mięśni. Kiedy wykonuję ostatnie ćwiczenia z tego treningu, moje mięśnie się trzęsą z wysiłku.

Piątek (Moc i Wytrzymałość Kardio)
Kolejna chwila zwątpienia. "Bo nie ma efektów, bo to nic nie daje." Kolejny ciężki trening. Byłam zirytowana tym, że ślizgają mi się nogi na moim pocie. Potrafię już po treningu podnieść się z maty i bez większego wysiłku ściągnąć buty - jest progres! Dodatkowo nieco dłużej niż wcześniej udaje mi się utrzymywać właściwe tempo wykonywania ćwiczeń. Przerywam, bo przerywam, ale tu też widać postęp. Od dwóch dni mam zakwasy na przedniej części łydek.

Sobota (Obwód Kardio-plyometryczny)
To chyba był jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy trening w tej serii. Jestem bardzo z siebie zadowolona. Widzę znaczny postęp!

Niedziela (Odpoczynek)
Odpoczynek. Zdecydowanie zasłużony, chociaż mniej więcej co dwie godziny łapałam się na tym, że przygotowuję się mentalnie do treningu. Ćwiczenia już chyba weszły mi w nawyk. Tydzień do końca pierwszego miesiąca. Tak daleko w moich wcześniejszych próbach skończenia Insanity nie dotarłam.


Tydzień IV

Poniedziałek (Czyste Kardio + Kardio ABS)
Udało mi się skończyć trening. Czuję, że mam coraz więcej siły, jednak wciąż jeszcze nie udaje mi się skończyć rozgrzewki bez kilkusekundowej przerwy. 

Wtorek (Moc i Wytrzymałość Kardio)
Jestem zadowolona z treningu, chociaż nie czułam powera. Może to dlatego, że pierwszy raz ćwiczyłam będąc sama w pokoju. Czuję, że przybyło mi siły. Poprawa wydolności też jest zauważalna.

Środa (Obwód Kardio-plyometryczny)
Było mi ciężko zabrać się za trening. Bałam się trochę tego co mnie czeka. Właściwie bardziej niż trochę. Ale przetrwałam! Nieco w stresie, ponieważ ćwiczyłam późno, żeby nie obudzić sąsiadki z dołu, ale stopień wykonywania ćwiczeń siłowych mnie satysfakcjonował. 

Czwartek (Kardio Regeneracja)
Z treningu na trening przekonuję się, że moje mięśnie są coraz bardziej wytrzymałe. Trening regeneracyjny. Chyba nie byłabym w stanie policzyć ile razy wypowiedziałam niecenzuralne słowo w języku angielskim. Przetrwałam, chociaż nie obyło się bez bólu. Standard.

Piątek (Czyste Kardio + Kardio ABS)
Miałam nadzieję, że ten podwójny trening będzie mnie czekał w sobotę, więc kiedy się okazało, że to dzisiaj, nie byłam zbyt zadowolona. Muszę przyznać, że jestem w szoku, bo mimo totalnego zmęczenia poradziłam sobie z tym treningiem naprawdę dobrze. Jestem zadowolona. I w końcu dostrzegam wizualnie różnicę. 

Sobota  (Obwód Kardio-plyometryczny)
Miałam w planach pizzę, więc musiałam dać z siebie wszystko. To byl trudny trening, ale przetrwałam. Nie było łatwo, ale dobrnęłam do końca pierwszego miesiąca Insanity. 

Niedziela (Odpoczynek)
Dzisiaj rozkoszuję się zakwasami na pośladkach i na dolnej połowie pleców.

Pierwszy miesiąc Insanity uważam za zamknięty! 


Odżywianie
Jeśli chodzi o jedzenie, to tylko staram się jeść zdrowo. Nie jem białego pieczywa, śmietany, słodzonych jogurtów, nie używam oleju, nie korzystam z cukru, nie piję słodzonych napojów i staram się nie jeść białego ryżu, białego makaronu i innych produktów zawierających białą mąkę. Wprowadziłam za to do swojej diety owsiankę i zwiększyłam ilość warzyw. Wiem, że to wciąż jednak znacznie za mało, żeby osiągnąć sylwetkę na której mi zależy, ale wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze.  


W jaki sposób ćwiczę - ciekawostki

- Przyzwyczaiłam się do ćwiczenia w samej bieliźnie. Czuję wtedy, że mam większą kontrolę nad ciałem i nie czuję żadnego ograniczenia ruchów. 

- Oprócz wody muszę mieć pod ręką bawełnianą koszulkę, albo ręcznik - podczas treningów pot leje się ze mnie litrami. 

- Korzystam z maty, ale tylko do tego, żeby mokre od potu dłonie nie rozjeżdżały mi się kiedy jestem w pozycji do pompki. 

- Najchętniej ćwiczyłabym tuż po przebudzeniu, jednak ciężko mi się odpowiednio zorganizować po śniadaniu, więc wolę zrobić trening późnym wieczorem. 

- Zawsze podczas ćwiczeń towarzyszy mi pies. 


Obiecałam w poprzednim wpisie o Insanity, że jeśli uda mi się zrobić każdy trening, zdradzę Wam swoje postanowienie, więc tak też uczynię. Brzmiało ono następująco: Jeśli skończę Insanity i nie ominę żadnego treningu, zgolę włosy. Piszę "brzmiało", ponieważ tydzień temu, kiedy zanurkowałam w blogu Anwen postanowiłam, że spróbuję przywrócić kondycję moim włosom. Do rytuału picia siemienia lnianego kilka dni temu dołączyło picie drożdży. I o tyle o ile zapach drożdży uwielbiam, smak jest niesamowicie odrzucający. Tak więc jeżeli uda mi się przywrócić do ładu moje włosy, zrezygnuję z realizacji tego postanowienia. 

Obiecałam Wam także zdjęcia, więc i tej obietnicy dotrzymam. Niestety zdjęcia są wykonane przy innych źródłach oświetlenia, a ja nie potrafię stwierdzić, czy porównanie jest przekłamane, czy nie. 





Nie zapomniałam o Was, więc jeśli ktoś zaczął Insanity, może pobrać sobie kalendarz na drugą część programu. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Zasady korzystania takie same jak ostatnio




Na koniec napiszę, że bardzo się cieszę, że udało mi się wytrwać i nie ominąć żadnego treningu. Jestem z siebie naprawdę dumna. Przede mną jednak jeszcze miesiąc przygody z Shaunem. Determinacja na szczęście jeszcze mi nie umknęła. Trzymajcie kciuki!

Źródło zdjęcia głównego: http://pixabay.com/
  • Share:

6 lat na parkiecie - jak na to patrzę

07 grudnia


Prawdopodobieństwo spotkania nieprzeciętnie wysokiej osoby, która trenowała koszykówkę lub siatkówkę jest bardzo duże. Osoby, które mają wzrost, są często popychane w kierunku sportu. Tak na przykład Otylia Jędrzejczak zaczęła przygodę z pływaniem, a Marcin Gortat z koszykówką, której i ja oddałam sześć lat swojego życia, o których teraz Wam opowiem.

Zawsze byłam bardzo szczupła. Do czasu. Kiedy niedługo po rozpoczęciu gimnazjum, wujek popchnął mnie w kierunku koszykówki moja sylwetka znacznie się zmieniła. Chociaż nie za bardzo wiedziałam na co się piszę, miałam świadomość tego, że w przyszłości mogłabym żałować, że mając odpowiednie warunki fizyczne (nieprzeciętny wzrost) nie zdecydowałam się na trenowanie siatkówki, czy koszykówki, w których każdy jeden centymetr jest na wagę złota. Warto też wspomnieć, że siatkówki (siatkarzy też, ale to inny temat) od zawsze nie lubiłam, a przebicie piłki przez siatkę udawało mi się raptem raz na dziesięć. Dość nietypowe statystyki jak na osobę, która do dzisiejszego dnia określa się mianem sportowca, prawda? 

Wróćmy jednak do głównego wątku. Za namową wujka znalazłam trenera dziewczyn w gimnazjum, do którego uczęszczałam i rozpoczęłam treningi. Dziewczyny do czynienia z koszykówką miały kilka lat przede mną, więc początkowo ciężko mi się było odnaleźć na boisku. Możecie sobie wyobrazić jak się czułam nie posiadając mięśni, wydolności, masy i koordynacji. Na szczęście na tamtym etapie treningi nie były jeszcze na zbyt wysokim poziomie.

Treningi właściwie zawsze odbywały się pięć razy w tygodniu. W gimnazjum dwa razy w tygodniu trening rozpoczynał się o godzinie 7:00 i trzy razy późnym popołudniem. Ja jako jedna z nielicznych nie miałam do szkoły zbyt blisko i jako jedyna miałam bardzo trudny dojazd do szkoły, jednak to nie zwalniało mnie z konieczności bycia na treningu i punktualności. Bo treningów się nie opuszczało. Nieważne jak bardzo zimno na dworze, czy ma się gorączkę, czy jakichś dawno niewidzianych gości. Trening to trening, a na treningu być trzeba.

Co jest oczywiste, wraz z dodaniem do trybu życia zwiększonej aktywności fizycznej wzrósł mi apetyt. Pochłaniałam olbrzymie ilości jedzenia: trzy śniadania (łącznie 3/4 bochenka chleba), trzy obiady, w tym jeden szkolny składający się z dwóch dań i niemała kolacja. Niewykluczone, że gdzieś pomiędzy przeplatały się jakieś batony, albo zapiekanki ze szkolnego sklepiku. Do napojów gazowanych na szczęście nigdy nie miałam słabości. Sposób odżywiania przełożył się oczywiście na mój wygląd. Z miesiąca na miesiąc mięśni było coraz więcej. Wzrósł też poziom tkanki tłuszczowej w moim organizmie, jednak zawsze moje BMI było w normie. 

Po trzech latach trenowania w gimnazjum, rozpoczął się okres bardziej zaawansowanych treningów z większym naciskiem na siłownię. Całość wyglądała następująco: trzy intensywne dwugodzinne treningi, dwa treningi lekkoatletyczne i dwa razy w tygodniu solidna siłownia przed szkołą. Efekt? Wyglądałam i czułam się jak maszyna. Dosłownie. I tak przez dwa lata kiedy to zdecydowałam się przeprowadzić do innego miasta, gdzie rozpoczęłam trenowanie w innym klubie. Tutaj niestety podejście do treningów było znacznie luźniejsze niż to do którego byłam przyzwyczajona, w związku z czym i mobilizacja była mniejsza. Nie było treningów siłowych, a i same treningi nie grzeszyły intensywnością, więc nie udało mi się utrzymać formy na wysokim poziomie.


Atmosfera w drużynie


Już w gimnazjum widać było znaczną różnicę między dziewczynami ze sportowej klasy, do której uczęszczałam, a resztą dziewczyn. Przede wszystkim my bardzo dobrze się znałyśmy, co wpływało pozytywnie na komunikację, chociaż i bez konfliktów też się nie obeszło. Nie widziałyśmy jednak większego sensu w trwaniu we wrogich relacjach i chcąc nie chcąc musiałyśmy znaleźć konsensus, bo przecież spędzałyśmy ze sobą sporo czasu. Oczywiście nie było też tak, że wszystkie się kochałyśmy. Jedne osoby lubiło się bardziej, inne mniej. Co ciekawe; nierzadko te osoby, które były dobre na boisku, cieszyły się większą sympatią niż te, którym na boisku szło nieco gorzej. 




Doświadczenia - co mi to trenowanie dało

Bardzo miło wspominam wszystkie wyjazdy. Atmosfera panująca w busie, czy autokarze podczas podróży na mecz jest nie do opisania. To jest chyba coś za czym tęsknię najbardziej. Brakuje mi też tej adrenaliny i podniecenia przed ważnym meczem. 

Dzięki koszykówce wzrosła moja pewność siebie, zyskałam świadomość swojego ciała, koordynację ruchową, świadomość, że pracą i zaangażowaniem można osiągnąć wszystko czego się pragnie. Koszykówce też zawdzięczam charakter ze stali. Większych kontuzji na szczęście udało mi się uniknąć, więc na pogorszenie stanu zdrowia nie mam co narzekać. 

Uprawianie sportu wpłynęło jeszcze na umiejętność utrzymywania odpowiedniej postawy ciała, nauczyłam się poprawnie wykonywać ćwiczenia i wyrobiłam sobie dobre nawyki, takie jak na przykład podnoszenie i odkładanie ciężarów pilnując tego, żeby plecy były proste.

Moje doświadczenia pokazały mi, że trening jest dobry niemal na wszystko. Naprawdę. Jedyne na co nie pomagał trening, to gorączka i ból kręgosłupa. Cała reszta: bóle głowy, tak zwane zakwasy, bóle brzucha, zły nastrój i co tam jeszcze, przechodziły już podczas rozgrzewki. Nawet jak się podkręconą kostkę rozruszało, to ból był mniejszy, chociaż to akurat zalecane chyba nie jest. 


Wyrzeczenia

Mam wrażenie, że byłyśmy bardziej dojrzałe od rówieśniczek. Nie wiem co dokładnie miało na to wpływ. Nie mogę napisać, że w przeciwieństwie do reszty stroniłyśmy od alkoholu i papierosów w gimnazjum, bo tak nie było. Nie wiem jednak czy któreś z moich koleżanek ze środowiska koszykarskiego teraz palą. Jestem niemal pewna, że te, które wciąż trenują, a warto wspomnieć, że to bardzo niewielki procent, nie uległy temu nałogowi. 

Wiadomo, że w okresie gimnazjalnym i ponadgimnazjalnym chętnie uczęszcza się na imprezy i spędza czas ze znajomymi. U nas to wyglądało inaczej. W piątki o godzinie 20:30, kiedy znaczna część rówieśników wybierała się do klubów, my kończyłyśmy trening i z lekko przepoconymi włosami i w dresie jechałyśmy odpocząć do domu. Jeśli ktoś bardzo chciał, to oczywiście mógł wyskoczyć na jakąś imprezę, jednak mnie i pewnie większości moich koleżanek nieszczególnie na tym zależało. 

Napiszę może też tutaj, że to nieprawda, że sportowcy nie mają czasu na naukę. Przecież oczywistym jest, że osoby, które nie uprawiają sportu nie siedzą całymi popołudniami nad książkami. Ruch pozytywnie wpływa na zdolność nauki, więc niewykluczone, że potrzebowałyśmy mniej czasu na przyswojenie wiedzy niż osoby, które spędzały czas grając w gry komputerowe, albo przesiadując gdzieś ze znajomymi. Poza tym turnieje i wyjazdy sprzyjały wspólnej nauce. Chętnie sobie pomagałyśmy. Jeśli ktoś miał z czymś problem, mógł poprosić o pomoc kogoś, kto lepiej sobie radził z danym materiałem i tę pomoc uzyskiwał. 


Czy odnalazłam się w koszykówce

Jestem osobą ambitną. Jeśli mam nad sobą kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, to daję z siebie więcej niż wszystko. Starałam się. Priorytetem dla mnie nie była szybkość, ale dokładność wykonywanych ćwiczeń. Co jednak z tego, jeśli cały czas były takie osoby, którym po prostu wszystko wychodziło lepiej? I nie chodzi mi o to, że czułam się gorsza, bo tak nie było. W zespole jedyną rywalizacją jest zdrowa rywalizacja. Jedna osoba będzie dobra w jednym, druga w drugim, a dobre wyniki uzyskiwane przez jednostkę podnoszą średnią umiejętności zespołu, więc w efekcie wszyscy są zadowoleni. Były momenty, kiedy wydawało mi się, że naprawdę żyję koszykówką, kiedy mimo tego, że trening był cholernie ciężki i wykańczający, ubolewałam, że pora iść do szatni, albo kiedy weekend dłużył się niemiłosiernie i nie mogłam wytrzymać do poniedziałkowego popołudnia, żeby znów móc dać z siebie wszystko. Ale to nie było uzależnienie od koszykówki. To było uzależnienie od wysiłku fizycznego. Takiego mordującego. 

Prawdą jest fakt, że ja nigdy tak do końca w tym sporcie nie potrafiłam się odnaleźć. Owszem, miałam satysfakcję z tego, że coś mi się udaje, ale zawsze brakowało we mnie tego nieokreślonego pierwiastka. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że mimo zaangażowania, dyscypliny, regularności, dokładności, zawsze coś nie zgrywało? Sport uzależnia. I myślę, że potwierdzić to może każdy, komu zdarzało się kilka razy w tygodniu nie mieć sił na wstanie z parkietu, czy maty, każdy kto regularnie pokonywał swoje bariery. Do czego zmierzam uprawianie jakiegokolwiek innej dyscypliny na wysokim poziomie obudziłoby miłość do tej dziedziny. I w sumie to nie tyczy się samego sportu. Dla przykładu, gra na jakimś instrumencie, balet, czy śpiew też mogą przerodzić się w uzależnienie. Osoba, która się czymś zajmuje i robi to na wysokim poziomie, zawsze będzie chciała dążyć do doskonałości i to ją będzie napędzać. 

Ja tylko kilka razy potrafiłam powiedzieć, że kocham koszykówkę, ale ja tak naprawdę nigdy w niej zakochana nie byłam. To nie była moja pasja, to była chęć doskonalenia się. Ja w przeciwieństwie do koleżanek nie ustawiałam na tapecie telefonu zdjęć znanego koszykarza, albo piłki do koszykówki. Mentalnie nie czułam się częścią tego koszykarskiego świata, JA PO PROSTU UWIELBIAŁAM DOSTAĆ WYCISK. 


Stosunek innych do sportowców 

Zauważyłam też, że często na ludziach robi wrażenie to, że trenowałam koszykówkę. Ale! Nie o koszykówkę samą w sobie chodzi. Gdybym powiedziała, że trenowałam żeglarstwo, pływanie, albo karate, to ich reakcja byłaby taka sama. Sportowiec to osoba, która wie, że do osiągnięcia celu potrzebna jest dyscyplina, zaangażowanie, konsekwencja, regularność, wytrwałość i nierzadko kiedy przezwyciężanie bólu. Uprawianie sportu hartuje ducha i ciało i jeśli ktoś zdaje sobie z tego sprawę, potrafi docenić trud jaki dana osoba musiała włożyć w to, żeby zdobyć takie czy inne umiejętności.

Ja zawsze się czułam i będę się czuła sportowcem. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie kiedy na pierwszych zajęciach w-fu na uczelni, po sprawdzeniu obecności dziewczyny pochowały się po kątach sali, żeby móc poplotkować, a faceci mimo tego, że zabrali się za ćwiczenia, robili to z niewielkim obciążeniem. Przez chwilę stałam na środku sali totalnie zdezorientowana, po czym ze świadomością, że zwrócę na siebie uwagę wszystkich tam obecnych, podeszłam do stojaka z hantlami i wzięłam cięższe niż te, z których korzystali faceci. Bo tak byłam przygotowana, bo innej możliwości nie widzę. I uwierzcie, nie czułam się najlepiej ze świadomością, że najpewniej jestem kobietą silniejszą od każdego z obecnych na sali studentów.  

Jedno za co jestem naprawdę wdzięczna koszykówce to możliwość uświadomienia sobie na czym polega współpraca. Nabrałam umiejętności pracy w zespole i potrafię docenić jej efekty. Bo działając wspólnie i współpracując ze sobą można zrobić coś znacznie szybciej i nierzadko lepiej niż pracując w pojedynkę. Nie mam pojęcia jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie inicjatywa mojego wujka. Naprawdę nie wiem. Tak samo jak nie wiem czy gdybym cofnęła czas, poszłabym tą samą drogą, ale jedno jest pewne - jestem dumna z tego, że mimo wszystko mogę nazwać siebie sportowcem.

Źródło zdjęcia: www.flickr.com
  • Share:

Wyzwanie z Insanity - Część I

01 grudnia

Pamiętacie wyzwanie, którego podjęłam się dwa tygodnie temu? Dzisiaj dowiecie się jak jak mi poszło, jak wyglądają moje obserwacje i czy są jakieś efekty.


Tydzień I

Poniedziałek (FIT TEST)
Chwilę za połową walczyłam ze sobą, żeby nie przerwać. Na kilkanaście fit testów ten sprawiał mi chyba najwięcej trudności. Mogę dodać jeszcze, że niezależnie od tego czy to jest pierwszy Fit Test, czy ostatni, na końcu zawsze jest się tak samo wykończonym. 

Wtorek (Obwód Kardio-plyometryczny)
Istny koszmar. Tego nie da się opisać. Nie mogłam oddychać i niemal co chwilę musiałam robić sobie przerwę. Obiecałam sobie, że nigdy, PRZENIGDY nie dopuszczę się do takiego stanu, w którym trening stanowiłby dla mnie taką trudność. Nawet jeśli jest to trening z programu Insanity.

Środa (Moc i Wytrzymałość Kardio)
Dzisiejszy trening w odczuciu bardzo podobny do wczorajszego. Było odrobinę lepiej, ale i tak bardzo ciężko było mi to przetrwać. 

Czwartek (Kardio Regeneracja)
Trening regeneracyjny. Czekałam na ten trening, bo wiedziałam, że tym razem nie będę musiała się mierzyć z trudnościami z oddychaniem i nawet się nie przeliczyłam. Nie jest to jednak trening, który sprawia przyjemność, ponieważ zawiera elementy ćwiczeń, w których, dla przykładu, trzeba przez dłuższy czas pozostawać w przysiadzie, a kto próbował wie o czym piszę. 

Piątek (Czyste Kardio)
Tutaj już pojawiły się trudności z zabraniem się za trening. Wciąż właściwie nie wiem jak udało mi się go zakończyć. Nie było łatwo, ale to w końcu Czyste Kardio, więc czego się spodziewać.

Sobota (Obwód Kardio-plyometryczny)
Zauważyłam zdecydowaną poprawę wydolności. Byłam w szoku, że przez 6 dni treningów (ciężkich, bo ciężkich) można uzyskać taką poprawę siły oraz kondycji. Byłam z siebie zadowolona. 

Niedziela (Odpoczynek)
Odpoczynek. Zdecydowanie zasłużony, bo od wtorku miałam zakwasy. Co dzień inne. Czułam sobotni trening i dumnie myślałam o tym, że moje mięśnie się regenerują. 


Tydzień II

Poniedziałek (Moc i Wytrzymałość Kardio)
Zabranie się za trening nie sprawiało mi większych trudności. W sobotę typ treningowych trudności zaczął się zmieniać, ponieważ poprawa wydolności zaczęła mi umożliwiać dokładniejsze wykonywanie ćwiczeń (schodzenie niżej na nogach, robienie głębszych pompek). Kolejnym plusem poprawy wydolności było też to, że mogłam wykonywać ćwiczenia niemal w tym samym tempie co ekipa Shauna. 

Wtorek (Czyste Kardio)
Tak jak pisałam, treningi od soboty zmieniają typ trudności. Zamiast walczyć z oddechem, zaczęłam walczyć z mięśniami, które coraz śmielej zaczęły odmawiać posłuszeństwa i domaga się przerw. Było ciężko, ale z każdym treningiem jestem bardziej z siebie zadowolona.

Środa (Obwód Kardio-plyometryczny)
Teraz czuję poziom trudności ćwiczeń siłowych. Jest ciężko, ale nie jest to niemożliwe do przetrwania. Widzę sporą różnicę pomiędzy tym tygodniem a tamtym. Jest znacznie lepiej. Zarówno z kondycją, jak i z siłą. 

Czwartek (Kardio Regeneracja)
Wspomnienie ostatniego czwartku sprawiało, że bałam się tego treningu. To jest trening regeneracyjny, w którym nie ma kardio, ani interwałów, ale jest kilka momentów, w których muszę przerwać na chwilę ćwiczenie, bo nie mogę znieść bólu mięśni wynikającego z długotrwałego pozostawania w jednej pozycji. Muszę jednak przyznać, że uczucie, które towarzyszy mi po treningu jest warte tego trudu. W końcu to kolejny dzień za mną, kolejny krok, kolejna wykorzystana szansa. 

Piątek (Moc i Wytrzymałość Kardio)
Od czwartku zabieranie się za treningi szło mi coraz ciężej, ponieważ z każdym kolejnym treningiem wzrastał poziom trudności (ćwiczenia wykonywałam z treningu na trening dokładniej, więc użycie mięśni było coraz większe).

Sobota (Czyste Kardio + Kardio ABS)
Dzisiaj trening trwał godzinę (przeważnie wynosi ok. 40 minut). Bałam się go niewyobrażalnie, ale dałam radę i nawet zostało mi trochę energii.

Niedziela (Odpoczynek)
Dwa tygodnie za mną! Jestem z siebie dumna.  

Zakwasy towarzyszyły mi od wtorku do niedzieli, a na pierwszych treningach non stop krzyczałam. Nie wiem jak określić te krzyki. Coś pomiędzy przeklinaniem siebie, że pozwoliłam sobie tak się zapuścić wydolnościowo, chęcią ulżenia sobie w tym niewyobrażalnym wysiłku, a zwykłą rozpaczą, że nie jestem w stanie dorównać szybkością i siłą ekipy Shauna T. Na szczęście ten wysiłek się opłacił, ponieważ już na początku drugiego tygodnia widziałam pewne zmniejszenie poziomu tkanki tłuszczowej. Moje nogi szczuplały (i szczupleją nadal) w oczach. Myśl o tym, że nie przerywając cyklu treningowego uniknę problemów z oddychaniem, które miałam na pierwszym treningu, skutecznie zachęcała mnie do ruchu. Nie jestem nawet w stanie zliczyć ile razy ostatkiem sił podnosiłam się chwytając się biurka. 

Zdarzało się, że po ćwiczeniach nie miałam siły się schylić, żeby rozwiązać buty, albo że chciałam udawać, że nie ćwiczyłam, żeby szybko wyrzucić z pamięci wspomnienie tych katuszy. Co ciekawe oprócz tego, że powoli zaczyna mnie ogarniać po intensywnym treningu uczucie błogości (chyba tylko ten kto tego doświadczył będzie wiedział co mam na myśli), zmniejszenia poziomu tkanki tłuszczowej i ogólnego zadowolenia, że nie opuściłam żadnego treningu, nie zauważyłam innych zmian. Pewnie wynika to z tego, że miesiąc przerwy od ćwiczeń, który miałam przed przystąpieniem do Insanity, wpłynął głównie na zmniejszenie wydolności, a w zdecydowanie mniejszym stopniu na spadek siły mięśni. 

Za dwa tygodnie kolejne sprawozdanie z Insanity. Będą zdjęcia! A jeśli przetrwam i uda mi się nie ominąć żadnego treningu, podzielę się z Wami moim nietypowym postanowieniem. 


PORÓWNANIE WYNIKÓW FIT TESTU

Na początek może krótki opis Fit Testu. Jest to trwający 25 minut trening, który ma sprawdzić ogólny poziom sprawności fizycznej. Składa się on z ośmiu ćwiczeń. Czas trwania każdego z nich wynosi jedną minutę. Między każdym ćwiczeniem jest minimum minuta przerwy. 

Poniżej prezentuję Wam porównanie wyników sprzed dwóch tygodni (17 listopada) z wynikami, które uzyskałam dzisiaj (1 grudnia). Poniżej przy pozycjach 1-8 znajduje się ilość powtórzeń, które udało mi się wykonać. 


FT I            FT II       POSTĘP W %

1. 94          1. 120    +  27 %
2. 28          2. 46      +  64 %
3. 60          3. 90      +  50 %
4. 20          4. 31      +  55 %
5. 6,5         5. 8        +  23 %
6. 11          6. 13      +  18 %
7. 7,5         7. 20      +  67 %
8. 28          8. 42      +  50 %


Przyznam, że nie spodziewałam się aż tak dużej poprawy. Byłam w szoku kiedy dostrzegłam wielkość różnic. Ale macie za to dowód, że nie obijałam się przez ostatnie dwa tygodnie. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się wytrwać do końca w moim postanowieniu i pamiętajcie, że w każdej chwili możecie do mnie dołączyć. Shaun T z pewnością na Was czeka!
  • Share:

Dlaczego nie ćwiczę z Ewą Chodakowską

29 listopada
Chcecie się dowiedzieć jak wyglądała moja przygoda z kobietą, która nazwała siebie Trenerką wszystkich Polek i jaki mam do niej stosunek? Czytajcie dalej. 

Ewa Chodakowska, bo o niej mowa, jest instruktorką fitness, o której mówi się, że "ruszyła Polki z kanapy". Ma 32 lata. Jest zadbana, bez grama tłuszczu na ciele, wyrzeźbiona i kobieca. Bardzo zdrowo się odżywia i regularnie trenuje. Ma na swoim koncie m.in. trzy książki, wiele programów treningowych i studio treningowe w Warszawie. Liczba jej fanów na facebook'owym fanpage'u powoli zbliża się do 1,4 miliona.

Ewa zaczęła podbijanie serc kobiet nieświadomych do końca tego, że one też mogą uprawiać sport w 2012 roku, kiedy to zdecydowała się powrócić do Polski. Pewnie pamiętacie czas, w którym Chodakowska niemal wyskakiwała z lodówki. Jest twarzą firmy Adidas, co chwilę pojawiała się na okładkach gazet, w programach telewizyjnych, a potem można na nią było trafić w Empiku na okładkach jej książek. 

Od razu napiszę, że to nie było tak, że od początku nie byłam jej zwolenniczką. Wręcz przeciwnie. Mam na półce dwie książki jej autorstwa, a na ścianie jeszcze (już końcówka listopada) wisi kalendarz, który przywiozłam z warsztatów z Ewą. Ale zacznijmy od początku. 

O istnieniu Chodakowskiej dowiedziałam się od znajomych. Jako że ja do wszystkiego, co mi nieznane podchodzę dość sceptycznie, i tu nie było wyjątku. Kiedy dziesiąty raz usłyszałam jej nazwisko postanowiłam, że dowiem się o niej czegoś więcej. Weszłam na jej fanpage i zaczęłam dowiadywać się kim jest, dowiadywać się co ma do zaoferowania w swoich programach treningowych, aż w końcu skusiłam się na wypróbowanie Skalpela, który był polecany na początek przez zwolenniczki Chodakowskiej na internetowych forach. Przyznam, że nie było mi łatwo przestawić się z biegania, trenowania na sali, albo na siłowni na ćwiczenie z matą w domu. Raz w tygodniu starałam się jednak zrobić trening.

Na Chodakowską trafiłam kilka tygodni przed końcem trzeciego sezonu serialu Gra o Tron i tak się złożyło, że kiedy sezon się zakończył, dyskusje z przyjaciółką z żywego omawiania serialowych wątków zmieniły się w rozmowy na temat najnowszych postów Ewy na jej fanpage'u. 

Wróćmy jednak do meritum. Jest czerwiec 2013 roku. Decyduję się na całkowitą zmianę dotychczasowego życia. Objawia się to między innymi rozpoczęciem ćwiczeń. Z Ewą, rzecz jasna. Ćwiczymy razem mniej więcej pięć razy w tygodniu. Robimy Skalpel. Czasem dołącza do mnie przyjaciółka. Po każdym treningu robię sobie zdjęcie na dowód kolejnego niezmarnowanego dnia (dzień bez treningu, dniem straconym - mawia Ewa). Co jakiś czas zamieniam Skalpel na Killera, albo na Szok trening. Po miesiącu jestem lżejsza o kilka kilogramów i mam pięknie wymodelowane ciało. Jestem dumna z efektów i szczęśliwa.

Co się dzieje w tym czasie na Facebook'u? Lubię niemal każdy post Ewy. Od czasu do czasu włączam się w dyskusje z osobami, które ją atakują broniąc jej. Nierzadko sama Ewa lubi moje komentarze. Nie mogę też słuchać osób, które nazywają moją Ewę produktem marketingowym. Na wszystko mam wytłumaczenie - "Nie ćwiczyli z nią.", "Ewa ma dobre serce, jest autentyczna - sama widziałam.". I tutaj następuje zwrot akcji.

Z czasem moja miłość do Ewy wygasa. Próbuję wrócić do ćwiczeń z Mel B, ale czuję, że to nie do końca to. Rozglądam się za czymś innym. Jillian Michaels? Hmm, wydaje się ciekawa. Ma charyzmę, charakter, potrafi krzyknąć, zmobilizować, poci się. Czemu nie? Zrobiłam kilka treningów, ale jakoś nie zaskoczyło. Szukam dalej. Jest. Shaun T, Insanity. Dziewczyna pisze na blogu, że to jest program dla tych, którzy mieli już do czynienia ze sportem. Rewelacja! Im więcej się dowiaduję, tym bardziej chcę zacząć. Ten program to wyzwanie. Muszę tego spróbować. Odpalam pierwszy trening. Wyniki Fit Testu rozpoczynającego sześćdziesięciodniowy program zapisuję w kalendarzu Chodakowskiej. Jestem wykończona, nieco zagubiona, bo mimo tego, że ćwiczenia na bieżąco są tłumaczone, moje ciało nie do końca łapie o co w tym chodzi. Wkręcam się. Zostaję wyznawczynią Shauna T i jestem zazdrosna o Tanię - The Machine. O istnieniu fanpage'a Chodakowskiej zdążyłam zapomnieć. Kilka miesięcy temu przejadła mi się słodycz, którą Ewa częstuje swoich wyznawców i kliknęłam Unlike

Jakiś czas po rozpoczęciu przygody z Insanity włączyłam trening Chodakowskiej. Widziałam wcześniej różnice między Shaunem a Chodakowską, ale nie spodziewałam się, że ten kontrast będzie aż tak duży

Na początek: 

* Chodakowska się nie poci. 
* Chodakowska nie krzyczy ze zmęczenia.
* Chodakowska nie ma przyspieszonego oddechu podczas ćwiczeń.
* Chodakowska ćwiczy w makijażu.
* Chodakowska skacze tak, jakby uważała, żeby sobie nie złamać paznokcia.
* Chodakowska robiąc ćwiczenia, które palą mięśnie, sprawia wrażenie jaby uprawiała jogę.
* Chodakowska na nagraniu ćwiczy sama (wyjątek - Trening z gwiazdami), co odbieram mniej więcej tak - patrz na mnie, zobacz jaka jestem piękna, opanowana, spokojna i kobieca.
* Chodakowska mówi głosem tak spokojnym, że jedynym sposobem, żeby to wytrzymać, jest śmianie się z niej.
(Nie wspominam już o tym, że Chodakowska bardzo często w nagraniach treningów reklamuje jakąś firmę/produkt).


OK, teraz kolej na Shauna: 

* Poci się!
* Widać, że czasem ma dość (sam Shaun!).
* Ćwiczy z ekipą świetnych ludzi, przez co nie czuję się wyobcowana i jest mi raźniej.
* Ludzie są ubrani tak, żeby było im wygodnie (trening to nie rewia mody).
* Nie czuję się dziwnie kiedy jestem przepocona i zdyszana, bo pozostali czują się i wyglądają podobnie.
* Shaun T krzyczy. Krzyczy głośno.
* Nie odnośni się wrażenia, że każdy ruch jest wyreżyserowany.
* Każdy daje z siebie wszystko i to widać.
* Zespół Shauna ćwiczy na zwykłej sali gimnastycznej, więc nie mam poczucia, że mój pokój "gryzie się" z tym idealnym obrazkiem, który widzę na ekranie.

Wnioski? Chodakowska nie jest człowiekiem! Jest ładnie zapakowanym, wyidealizowanym i dopracowanym produktem, podczas gdy Shaun T potrafi na Ciebie krzyczeć, żeby Cię zmobilizować i razem z Tobą przeklinać poziom trudności ćwiczeń, które w danym momencie robicie. 

No i co ja mogę na koniec napisać? Byłam ślepa, bo chciałam być ślepa. Chodakowska mnie kupiła swoim spokojem i dobrym sercem. A wiecie jak to działa? Ona odniosła sukces. Pewnie Ewa jak każdy ma problemy, ale otacza się ludźmi, którzy wyznają jej filozofię i - najważniejsze - nie musi się martwić o pieniądze. Człowiek, który jest w takiej sytuacji materialnej jak ona może być spełniony, szczęśliwy i "kochać swoje serca", które pójdą za nim wszędzie. Mnie się odmieniło. Teraz mogę powiedzieć, że Chodakowska jest produktem, co nie znaczy też, że nie doceniam tego, co zrobiła dla Polek. Bo trzeba przyznać, że nawet jeśli robiła to tylko dla materialnego zysku, to udało jej się wypromować branżę fitness, dać wiarę kobietom w to, że mogą odzyskać pewność siebie, zawalczyć o swoje szczęście i że każda z nich może "być co dzień lepszą wersją wczorajszej siebie".
  • Share:

Małe jest piękne - Buldog angielski - ZDJĘCIA!

27 listopada
Tym razem coś dla oka. 

Buldog angielski. Wiele razy spotkałam się z opinią, że mój zwierz jest tak brzydki, że aż ładny. Ja jednak cały czas widzę w nim małego słodziaka. 

Przedstawiam Wam przeurocze szczenięta z hodowli Adorable Isabulla!

Mały buldog angielski

Mały buldog angielski

Małe buldogi angielskie

Mały buldog angielski

Mały buldog angielski

Małe buldogi angielskie

Mały buldog angielski

Małe buldogi angielskie

Małe buldogi angielskie

Mały buldog angielski

Mały buldog angielski

Mały buldog angielski

Małe buldogi angielskie

Mały buldog angielski

Mały buldog angielski

Mały buldog angielski

  • Share:

O ''fotografach'' słów kilka

25 listopada
fotograf modelka studio


Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda świat fotografii od kuchni? Oprócz tego, że robię zdjęcia, zdarza mi się też stanąć po drugiej stronie obiektywu. Jestem jednak wyczulona na pewne zachowania fotografów. Jeśli chcecie się dowiedzieć, z jakim podejściem można się zetknąć w świecie modelingu, zapraszam do lektury.

Może zacznę od tego, że jestem odbiorcą bardzo wymagającym. Nie daję się nabierać na kosztowne sesje, które w efekcie końcowym nie mają żadnego wyrazu i są bezpłciowe. Zwracam uwagę na głębię w zdjęciu, na to czy wywołuje jakieś emocje, czy intryguje i czy jest magnetyzujące. Dobra fotografia nigdy się nie znudzi. Można ją umieścić w widocznym miejscu i za każdym razem chętnie będzie się zawieszało na niej oko. 

Bardzo nie lubię też zdjęć, do których jest dorabiana jakaś tania ideologia. Przykład: kobieta stojąca naprzeciw mężczyzny z nożem za plecami. Taki motyw jest po prostu żenujący, dlatego wystrzegam się osób, które mają w portfolio zdjęcia tego typu.

Aktualnie każdy, kto może sobie pozwolić na zakup dobrej lustrzanki i nauczyć się ją obsługiwać, może obwoływać się fotografem. I tak niestety często się dzieje. Co ciekawe, nie spotkałam chyba podobnego podejścia u kobiet. Tacy "fotografowie" z chęcią zapraszają niedoświadczone modelki na sesję aktową w plenerze, albo oferują wykonanie zdjęć ślubnych, od oglądania których po prostu bolą oczy - niekorzystne kadry, nowożeńcy w dziwnych pozach, w których czują się niekomfortowo, albo zdjęcia zrobione w jakimś opuszczonym budynku. Rozumiem, że ktoś musiał zapoznać się wcześniej z portfolio takiego delikwenta i zgodzić się na zatrudnienie go, ale nie rozumiem tego zupełnego braku pokory z jego strony. Już tłumaczę. Osoba, która tworząc coś czego właściwie nie da się oglądać i żądająca za to pieniędzy, musi być przekonana, że jego praca jest tego warta, a jeśli tak jest, to żadna, nawet konstruktywna krytyka nie będzie przez niego wzięta pod uwagę. Wniosek? Taka osoba osiągnęła apogeum swoich możliwości, a wdawanie w jakąkolwiek dyskusję z nią, jest po prostu bezcelowe. 

Są też fotografowie, którzy swoją pozycją potrafią wokół swoich zdjęć zrobić niezły szum i w znacznej mierze są odbierani pozytywnie mimo tego, że ich zdjęcia, to np. niewiele więcej niż nagie piersi w dobrze oświetlonym studio. Dorabiają sztuczne ideologie do swoich fotografii i "kupują" tym samym kolejnych zwolenników swojej twórczości. Wniosek jest taki: ludzie wierzą, że warto zwrócić uwagę na smakowicie podany kąsek i nie chcą już dostrzegać tego, że okazuje się on zwykłym kotletem schabowym.

Jest jeszcze jeden typ fotografów, z którym niestety wielokrotnie się zetknęłam. Są jeszcze fotografowie, którzy rzeczywiście potrafią zrobić nawet dobre zdjęcie. Przekonani o swoich umiejętnościach potrafią załatwić sobie pokój hotelowy, saunę, albo inną kawiarnię, umówić się ze zgrabną modelką, mają dobry aparat, oświetlenie i tak udaje im się stworzyć złudzenie dobrego zdjęcia, chociaż jedyne co osiągają swoimi, to ukazanie na zdjęciu modelki jako seksownej i atrakcyjnej. Nie ma w tym żadnej głębi, niczego hipnotyzującego, interesującego. Robią jednoznaczne, choć niekoniecznie wulgarne zdjęcia. Cóż, może niewymagający inteligencji, mądrości i odrobiny tajemniczości ze strony kobiety mężczyźni lubią modelki ukazywane w taki sposób. Ok, niech będzie. Gusta są różne, można to przełknąć. Ale to jednak jeszcze nie koniec. Chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Nierzadko tacy fotografowie są dobrze zbudowani, pewni siebie i przekonani o tym, że zasługują na to, żeby określano ich mianem mistrza. Tacy mężczyźni bardzo często za pomocą podtekstów proponują modelkom "coś więcej". Bo przecież która kobieta mogłaby się oprzeć jego urokowi osobistemu? Przecież on jest fotograficznym guru, a każda dziewczyna tylko czeka na moment, w którym mogłaby mu wskoczyć do łóżka. Uwierzcie, to nie jest tylko stereotyp. Dodam jeszcze, że tych fotografów, którzy faktycznie potrafią zrobić dobre zdjęcia i współpracują z dobrą ekipą, to też może dotyczyć.

Oczywiście wymienione przeze mnie typy fotografów stanowią tylko część fotograficznej, najczęściej niekomercyjnej branży. Jednak nie ma co się zrażać. Mnie właśnie ze względu na to, że sytuacja tak wygląda, od zawsze pochlebiają propozycje współpracy od fotografujących dziewczyn. A niestety jest ich około dziesięciokrotnie mniej. A Wy macie jakieś doświadczenia z fotografami? Jesteście zadowolone z efektów współpracy?


Źródło zdjęcia: http://commons.wikimedia.org
  • Share:

Przydatne skróty klawiaturowe systemu Windows

21 listopada
Przeciętny Polak spędza przed komputerem 132 minuty dziennie. Żeby pomóc Wam w usprawnieniu swoich komputerowych działań, przygotowałam dla Was zestaw najbardziej przydatnych skrótów klawiaturowych systemu Windows.


1. Uniwersalne:

* kopiuj: Ctrl + C. Kopiuje do schowka zaznaczony obiekt,

* wklej: Ctrl + V. Wkleja w aktywne miejsce obiekt znajdujący się w schowku,

* wytnij: Ctrl + X. Usuwa zaznaczony obiekt i umieszcza go w schowku,



* zamknij program: Alt + F4. Zamyka aktywny program,

* minimalizuj wszystkie okna: klawisz  Windows + M,

* przełącz między aplikacjami: Alt + Tab. Wypróbuj teraz! Przytrzymujesz Alt, a klawiszem Tab wybierasz aplikację,

* cofnij działanie: Crtl + Z. Jeden z moich ulubionych skrótów. Do zastosowania zarówno w przeglądarkach, jak i w pozostałych programach systemu Windows. Bo to raz przez przypadek usunęłam tekst, albo niepotrzebnie zmieniałam akapit? Ctrl + Z to mój mały wybawca.


2. Najbardziej przydatne podczas przeglądania stron internetowych, dokumentów:

* przycisk Home - w przeglądarkach internetowych przenosi na początek strony (w dokumentach na początek wiersza),

* przycisk End - w przeglądarkach internetowych przenosi na koniec strony (w dokumentach na koniec wiersza),

* przycisk Page Up - przenosi do poprzedniej strony na ekranie,

* przycisk Page Down - przenosi do następnej strony na ekranie,


* wyszukiwanie: Ctrl + F. Bardzo przydatny kiedy musimy znaleźć jakąś informację na stronie, czy w dokumencie. Wystarczy wpisać kluczowe wyrażenie i wcisnąć Enter,



3. Najbardziej przydatne podczas pracy z tekstem:

* przeskocz o wyraz: Crtl + -->,

* początek pliku: Ctrl + Home,

* koniec pliku: Ctrl + End,

* zaznacz następny/poprzedni znak: Shift + -->,

* zaznacz następny/poprzedni wyraz: Shift + Ctrl + -->,

* zaznacz do końca wiersza: Shift + End,

* zaznacz do początku wiersza: Shift + Home,

* zaznacz do tej samej pozycji pionowej w następnym wierszu: Shift + strzałka w górę/w dół,

* zaznacz wszystko: Ctrl + A.


Jak widzicie, ilość tych skrótów nie jest najmniejsza, a to jedynie część wszystkich skrótów systemu Windows. Jednak nie zrażajcie się. Skróty mają ułatwić nam życie. Początkowo ich stosowanie może nam wychodzić niezgrabnie i bardziej przeszkadzać niż pomagać, ale jak już wejdą nam w nawyk, to oprócz tego, że będziemy pracować wydajniej, będziemy dumni z posiadania nowych umiejętności. Polecam! 
Ja najczęściej korzystam z Ctrl + F i Ctrl + Z. A który skrót jest Waszym ulubionym?
  • Share: